Jest zima – więc musi być zimno! Recenzja książki „Zimna siła” - Daria Łukowska

Zamiast podawać nowy przepis na fit-sałatkę, ja znów o morsowaniu. Coż, jest w zimnie jakaś pociągająca, a może bardziej – przyciągająca – siła. Może to ten fakt, że integracja człowieka ze środowiskiem działa na wielu poziomach organizmu. Może to, że próba zbliżenia się do natury jest dużo bardziej sexy niż łykanie kolejnej garści suplementów diety. Może. Niemniej jednak jest w tym coś, po czym czujesz się dobrze, co sprawia, że chcesz tego więcej i więcej. A przynamniej ja chcę. Ach… no więc morsowanie. To, że jest sezon – nie sposób nie zauważyć – morsy lubią pod wpływem endorfin publikować w internecie co i rusz zdjęcia z kolejnych zimnych kąpieli. Ale to dobrze! Im więcej osób skusi się na morsowanie, tym lepiej. A dlaczego tak uważam? Otóż zimno może być świetnym n a r z ę d z i e m do wykorzystania dla poprawy zdrowia. N a r z ę d z i e – nie równa się – cudownym sposobem. Niet. Ale narzędzie – to i tak już dużo, prawda?

A więc w jakich obszarach żywego organizmu owe zimno ma potencjał w działaniu? Na to pytanie można  uzyskać odpowiedź w książce „Zimna siła”, [której zaktualizowaną wersję można od kilku dni kupić na stronie autora Dawida Dobropolskiego]. Odpowiedź tę uzyskamy jednak w takim zakresie, w jakim aktualnie jest to możliwe, gdyż autor sam niejednokrotnie podkreśla, że wiele teorii wymaga wciąż dodatkowych, dokładniejszych badań, często są to tylko spekulacje. Jednak jest też wiele silnych dowodów w kontekście działania zimna na organizm. O zimnie mówił już sam Hipokrates, który z darów natury korzystał, ile się dało i wykorzystywał je w lecznictwie – jak zimno właśnie czy okresowe posty. Obecnie powiedz głośno, że być może warto czasem zrobić kilkudniowy post. Łomatko. Ale wróćmy do książki.

Jest to 170 stron solidnej dawki wiedzy. „Zimna siła” podzielona jest na dwie części, dużo większą – „teoretyczno-naukową” oraz „praktyczną” w kontekście stricte morsowania. Zacznę od końca, a więc od części zawierającej ogólne wskazówki nt. morsowania i kontaktu z zimną wodą. Można to potraktować trochę jak „poradnik dla początkującego morsa” (przy okazji zapraszam do odsłuchania skrótowej wersji poradnika w moim wykonaniu na #formanażycieTV). Autor odpowiada na wiele pytań, które często pojawiają się w głowie, gdy chcemy rozpocząć morsowanie, ba, nawet gdy już morsujemy, ale zastanawiamy się czy coś można zrobić w tym kierunku jeszcze lepiej. Dotknięta zostaje również tematyka diety czy psychiki, jednakże tylko powierzchownie, bo w końcu nie jest to głównym celem książki. Można więc przyjąć, że po przeczytaniu rozdziału „praktycznego” czytelnik zostaje uzbrojony w wiedzę niezbędną do   ś w i a d o m e g o morsowania.

Co do części pierwszej – tutaj znajdujemy koktajl wiedzy, który dla osoby zupełnie nieznającej podstaw biochemii i fizjologii może nie być lekkostrawny. Ale czy to źle? Sam autor podkreśla na wstępie, że „zawartość jak i sposób podania będzie dla odbiorcy interesującym i wartościowym   w y z w a n i e m.” Obecnie jesteśmy przyzwyczajeni, że wszystko mamy poddane „na tacy”, gotowe – i nie musimy wysilać zanadto swoich szarych komórek. Tutaj tak (nie)stety nie będzie. Pojawia się wiele pojęć czy skrótów, które nie są wyjaśnione – gdyż domniemam, iż książka wtedy musiałaby być mieszanką Biochemii Harpera i podręcznika fizjologii, a z pewnością nie to było celem autora. Jednak nie należy się zniechęcać, a podjąć rzuconą rękawicę i ewentualnie zajrzeć czasem np. do czeluści Wikipedii w celu rozszyfrowania pojęć/ mechanizmów, które mogą stanowić brakujący element układanki w aktualnej biochemicznej wiedzy – niezbędnej do kompletnego odbioru treści „Zimnej siły”.

Jestem morsem, a jakże!

Autor powołuje się na liczne badania naukowe, jednocześnie „podejmując wielokrotnie próbę parowania zimna ze środowiskiem” i próbując pokazać potencjał biologiczny zimna, który jak się okazuje – może być o g ro m n y. Kilkukrotnie podkreślane zostaje znaczenie innych czynników środowiskowych, jak światło czy dieta – które to mogą spotęgować korzystne działanie zimna na organizm. Główną rolę w tej „opowieści o zimnie” w większości rozdziałów odgrywa BAT, czyli brązowa/brunatna tkanka tłuszczowa – którą chcemy mieć , w przeciwieństwie do tej nieestetycznej i prozapalnej WAT (białej tkanki tłuszczowej). W uproszczeniu – BAT spala tłuszcz, aby wygenerować ciepło i ogrzać organizm. Jednak z książki dowiadujemy się dużo więcej o BAT, jak chociażby to, że wydziela związki o działaniu przeciwzapalnym i może mieć wpływ na poprawę wrażliwości na insulinę. A im więcej wchodzimy do zimnej wody, tym więcej BAT prawdopodobnie będziemy mieć. No, no… Idźmy dalej. Dowiemy się też, że na skutek zimna spada poziom cytokin zapalnych i wzrasta wrażliwość tkanek na leptynę. Leptynooporność jest, obok insulinooporności, coraz większym problemem w społeczeństwie… No, to co, morsujemy? To jeszcze nie koniec. Dalej otrzymujemy informacje o zimnie w kontekście potencjalnego działania nootropowego/neurotroficznego; wspierającego działanie układu dokrewnego – w tym pracę tarczycy czy wpływ na nadnercza. Sporo materiału traktuje o potencjale terapeutycznym zimna w ujęciu chorób metabolicznych, jak problemy z gospodarką cukrową czy lipidową. A że historia o zimnie i BAT to również historia o mitochondriach – te również będą wciąż się pojawiać w różnych kontekstach, ale zwłaszcza w rozdziale parującym trening i zimno. Wartościowym rozdziałem jest także ten o układzie odpornościowym, no bo jakżeby inaczej. Część teoretyczną kończy kilka ciekawych stron dotyczących nerwu błędnego.

Myślą wiodącą książki, a zarazem pojęciem niejednokrotnie się w niej pojawiającym jest „adaptacja krzyżowa”, o której autor pisze: „zjawisko, w którym adaptacja organizmu do zimna wywołuje równoległą adaptację względem innych stresorów.” Potwierdzenie na zasadność użycia definicji „adaptacji krzyżowej” w kontekście zimna znajdujemy w zasadzie przy każdym z tematów. Musze przyznać, że to niezwykle ciekawe spojrzenie na siłę zimna.

W treści niejednokrotnie pojawia się wiele zdań będących swego rodzaju asekuracją autora przed nadinterpretacją treści i powielaniem pół-prawd poprzez wyciąganie pochopnych wniosków przez czytelnika. Realia mogą być jednak różne, gdyż często widzimy tylko to co chcemy widzieć czy rozumiemy tylko to co chcemy zrozumieć. Tym bardziej więc zachęcam do uważnej lektury 🙂

Podsumowując: Czy polecam zakup „Zimnej Siły”?

Jeszcze jak. Polecam jak najszybciej (ale przy tym ze zrozumieniem) przeczytać, a potem poszukać najbliższego jeziora i wykorzystać wiedzę w praktyce. W końcu najlepiej człowiek uczy się poprzez doświadczanie! 

Zimnego!