Babia Góra i mój pierwszy półmaraton górski! - Daria Łukowska

Zrealizowałam jeden ze swoich celów, jakim było bieganie po górach. Dla niektórych wyjadaczy biegów górskich to już chleb powszedni, ja jednak im bliżej startu, tym bardziej się denerwowałam [co mi się raczej nie zdarza przed standardowym startowaniem w biegach asfaltowych]. Pewnie dlatego, że na co dzień nie trenowałam trailowego biegania, nie miałam odpowiednich butów bo biegania po górach, nie miałam przygotowanego zegarka z GPS, a w dodatku zapowiedzieli na ten dzień intensywne opady deszczu, wiatr oraz burzę. Właśnie na Babiej Górze! Dowiedziałam się, że owa góra znana jest z kapryśnej pogody. No to ładnie. Bieganie w górach w burzę, 23,5 km – początkowy stres związany z tym, abym zmieściła się w limicie czasu (6h przy rekordzie trasy dla kobiety niecałe 3h), przeszedł płynnie w stres – co jak dopadnie mnie burza z piorunami gdzieś na szczycie góry (pozdrawiam Grubsona!), Babiej Góry? Na profilu biegu organizatorzy umieścili film TOPRowców, co robić w takim właśnie przypadku. Zrobiło się poważnie. No cóż, nie było odwrotu. Nie no jasne, zawsze mogłam zrezygnować. Ale za długo czekałam na bieg górski, by teraz po prostu stchórzyć. Bez jaj!

Moja podróż z Warszawy przez Karków do Zawoi nie obyła się bez drobnych przygód, po których ponownie stwierdzam, że Blabla car nie jest dla mnie. No ale finalnie dotarłam w całości do Zawoi – pozostało tylko znaleźć dom, w którym zarezerwowałam nocleg. Co za problem? No właśnie duży problem, jeżeli znasz Zawoję – znaleźć tam odpowiedni numer domu do duży problem. I niestety nawigacja nie zawsze udźwignie to zadanie. Jak czytamy w Wikipedii, „Zawoja jest jedną z najdłuższych wsi w Polsce, liczy ok. 18 km długości.” No cóż, wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ktoś pijany robił numerację domów (albo szybciej to kwestia chronologii powstawania domów). Numer 78 jest obok 462 a kolejny dom to już 2539. Szukasz 2540? Nie zdziw się, jak będzie na drugim końcu tejże szerokiej wsi. Poruszanie się bez samochodu nie wchodzi w grę. Ale skoro rezerwując pokój usłyszałam, że to blisko skoczni Mosorny Groń, pod którą jest start biegu i biuro zawodów, to uznałam że biorę. Pokój biorę, auta nie – bo po co. No tak – pytanie co dla kogo oznacza „blisko”. Po wielkich poszukiwaniach odnalazłam swój zawojowy dom.

„- No dobrze, to ile mam stąd pod skocznię Mosorny Groń?

-40 minut w dół na pieszo, a potem kilka przystanków busem do góry, o ile oczywiście godziny busa będą odpowiednie.”

Nie ucieszyła mnie myśl, że mam ponad godzinę drogi na miejsce startu – biorąc pod uwagę że jestem bez auta. Prawie godzinny spacer – kiedy zaraz czeka mnie kilka godzin biegu po górach, również nie napawał optymizmem. A no i jeszcze będzie trzeba wrócić jakoś! Wtedy już spacerkiem pod górę, po tych kilku godzinach biegu. A jak dopadnie mnie jakaś kontuzja na biegu… „No ale dobrze, koniec narzekania, coś się w końcu zacznie udawać tego dnia, myśl optymistycznie…” Widok z okna był rekompensatą na cały stres tego dnia.

Udało mi się dogadać z właścicielką mieszkania i jej kuzyn obiecał podwieźć mnie rano do biura zawodów. Cudowna informacja. Rozpoczęłam przygotowania do biegu…

Ładowanie węglowodanami od kilku dni szło mi bardzo dobrze, jedzenie dużej ilości daktyli to dla mnie pestka, mogłabym bić tu rekordy Guinessa. Chociaż chyba nie ma się czym chwalić. Od kilku dni dbałam również o to, aby w moim menu znajdowało się coś z buraka. Dlaczego? O poprawie wydolności dzięki burakom przeczytasz TUTAJ.

Końcowy etap ładowanka

Przed snem dokładnie jeszcze przejrzałam trasę, zapisałam najważniejsze punkty biegu – wbiegam na Babią Górę, potem na Małą Babią… postaram trzymać się blisko innych biegaczy,  tak byłoby najpewniej. Spałam na szczęście głęboko jak dziecko – górskie powietrze, cisza dookoła niewymagająca zatyczek do uszu, aby zasnąć… raj. Wstałam wyspana. Od rana duża, czarna kawa i duża jaglanka z daktylami i białkiem roślinnym, aby na dłużej nasyciła (start dopiero o 11!).

Pycha

Przygotowałam plecak z bukłakiem, do którego wlałam 1l wody z rozpuszczonym izotonikiem, żele oraz batony energetyczne (po drodze miało nie być punktów odżywczych), ale również naładowany telefon i kurtkę przeciwwiatrową – taki był obowiązek – każdy wybiegający na trasę musiał mieć powyższe oraz dowód osobisty i coś na głowę, chusta wielofunkcyjna czy czapka. Rozsądnie J Popsiukałam jeszcze całe ciało preparatem na kleszcze [więcej o ochronie przeciw kleszczom przeczytasz TUTAJ]

Może nie są to produkty idealne, ale testuję, testuję na sobie co bieg to inne

Tego samego dnia ruszały również biegi na większych dystansach, w tym najdłuższy 6x Babia wyruszył jeszcze w nocy = ponad 100km i ponad 8000m przewyższenia… Limit czasu 17h. W ciągu ostatnich lat nikt nie złamał tego czasu. W tym roku się udało, lekko ponad 16h i na mecie pojawił się zawodnik. Czapki z głów dla pana Krzysztofa!

Poza tym 3x Babia, ponad 70 km i ponad 5500m przewyższeń, maraton Babia 42,5 km oraz ponad 3000 m przewyższeń, no i moja, przy tym wszystkim to skromna, ½ maraton Babia, czyli 23,5 km i 1450 m przewyższenia.

Połówka ruszała ostatnia. Rano piękne czyste niebo, słońce. Uff… pogoda się nie sprawdziła! (co za naiwna myśl, szczególnie w górach). Dotarłam dużo przed czasem, mogłam na spokojnie się przygotować do startu oraz przyglądać, jak godzinę wcześniej rusza maraton. Nadeszła godzina zero. Ruszyliśmy…

Przyjemny bieg spod skoczni i zaraz wbiegamy do lasu. Szybko zaczyna się podbieg pod górę. Mija wieczność, zadyszkę mam taką, jakbym miała zaraz paść na zawał. Patrzę na zegarek. Minęło całe 10 minut od startu… „No to cudownie, jeszcze tak ze 4 h, przecież ja nie dożyję!” – monolog w mojej głowie. „Widocznie bieganie po mieście, sporadyczne podbiegi i miłość do chodzenia po górach to za mało, by po nich biegać.” Mijają minuty, a perspektywa tego, że będzie lżej, rozpuszcza się w mojej głowie jak aspiryna w szklance z wodą.

Po 30-40 minutach morderczego podbiegu powoli zaczynam czerpać przyjemność z biegu. Mijamy grupę dzieciaków schodzących w dół, kolonia jakaś, życzą powodzenia, uśmiechają się. Ktoś mówi, że jestem dopiero 11 kobietą, która ich minęła. Jestem w szoku, bo jednak trochę tych kobiet widziałam na starcie, przede mną tłum ludzi biegnie, których próbuję się trzymać i wciąż doganiać. Ale fakt, to głównie faceci. Biegnę dalej, mam ochotę krzyknąć aby ktoś łaskawie wyprostował podłogę, bo patrząc przed siebie, wciąż widziałam podbieg i biegaczy nade mną. Zero perspektywy na bieg po płaskim, uda zaczynają palić. W końcu zaczęły się zmieniać tereny, było względnie lżej, tzn. Mniej nachylenia bliskiego pionowemu, byliśmy coraz bliżej Babiej Góry.

Biegacze dookoła się przerzedzali, było luźniej. Widoczność coraz słabsza – dookoła mgła, widzę tylko ścieżkę, krzaki po bokach i swoje nogi, biegacz przede mną się rozmywa. Mgła, dużo mgły.

Całe włosy mokre. Ale przyjemna pogoda dla mnie, bo nie było za gorąco, wiatr i mgła jednak trochę chłodziły. Btw. bukłak, z którym biegłam raz pierwszy, to dla mnie cudowne odkrycie. Biegając uliczne biegi, zawsze czekam na punkty odżywcze aby się napić trochę. Na długo nie starcza, dużo na raz przecież nie wypiję. A tutaj przez cały bieg małe łyczki mogłam brać kiedy mi się tylko podobało. To ogromne ułatwienie i komfort. Pamiętałam również aby regularnie jeść na trasie. Znajomy, doświadczony biegacz ultra przykazał, aby jeść maksimum co +/- 45 minut żel. Tak też zrobiłam, przy okazji słuchając też swojego organizmu. I to była cudowna rada, jak się okazało później. Im bliżej Babiej, tym bardziej wpadałam w jakaś euforię. Nie wiem, może endorfiny eksplodowały w moim ciele. Biegłam z zacieszem na twarzy, żartowałam sobie z mijającymi biegaczami, podbiegałam jak szalona dalej pod górę. Czułam ogromne szczęście, że tam jestem. Nie do opisania.

Najlepsze jest to, że ten stan utrzymywał się już praktycznie do końca biegu. Może ktoś mi dosypał czegoś do żelów? Hi, hi. No więc dobiegłam na Babią Górę (oczywiście były odcinki, gdzie w grę wchodziło tylko podejście), szybkie selfie na szczycie góry…

…i czas poszukać w tej mgle zbiegu. Jak to…to TU? Tu mam zbiegać? Jaja sobie robicie… Tu są głazy i strome zejście. Ops, mijają mnie w dość dużej prędkości inni panowie biegacze. Aha, czyli tylko ja widzę w tym problem. Ugh. No dobrze, próbuję powoli zbiegać/ schodzić/ asekurując się i będąc uważną, aby się nie poślizgnąć, mgła dookoła, wszystko mokre. Jakoś zeszłam, dalej zbieganie po kamieniach, gdzieniegdzie wystające korzenie. Dostaje radę od biegaczki, która mnie mija aby rozluźnić ciało i biec przed siebie. Łatwo powiedzieć… myślę sobie. Próbuję jednak trochę skorzystać z jej rady, zachowując dużą ostrożność. Słyszałam już przed biegiem, że wygrywa się na zbieganiu właśnie. No cóż, z moimi starymi asfaltowymi New Balance’ami nie chciałam szaleć, chociaż i tak byłam miło zaskoczona że wcale się nie ślizgały jakoś wybitnie.

A więc już do końca biegu były naprzemienne odcinki ciężkich podbiegów i stromych zbiegów. Zabawne jest to, że miałam dookoła kilku biegaczy, których zawsze mijałam na pdobiegach, a oni zawsze mnie na zbiegach, pytając jak się teleportowałam 😉 Hi,hi. Nie bez przyczyny kiedyś dostałam przydomek „kozica” na wycieczce górskiej. Ale jako owa kozica nad zbieganiem muszę jeszcze sporo popracować. Gdzieś w połowie trasy zaczęło się robić coraz bardziej szaro dookoła. I co naiwna panno? Uwierzyłaś, że nie będzie padać? Dobre sobie. Przez drugą część biegu była ulewa naprzemiennie z lekkim deszczem. Najbardziej jednak pamiętam ścianę deszczu i wiatr. Ale to wcale nie spowodowało, że zszedł mi uśmiech z twarzy, oj nie. Jadłam żele, piłam wodę i biegłam przed siebie. Nie patrzyłam na zegarek z myślą „jejku, kiedy ta meta!” – co często się zdarza przy biegach ulicznych. Cieszyłam się chwilą. Miałam dziwne wrażenie, że niedługo powinna być meta. Ale przecież dopiero minęły 3 godziny, prognozowaliśmy obiektywnie według moich dotychczasowych wyników biegowych że powinnam przebiec w czasie 4-4:30. No ale nic, nie przejmuje się, trasa jest dobrze oznaczona, na pewno jestem na dobrej drodze. Nie mam zegarka z pulsometrem więc nie wiem, w jaki tempie biegnę. Nie ma to znaczenia kompletnie.

Zaczynamy coraz intensywniejsze zbiegi. Ahaś, wbiegamy na trasę, którą parę godzin temu wbiegaliśmy do góry. To już musi być blisko. Trawa. Mokra trawa to dużo większe zło, niż mokre korzenie i kamienie razem wzięte. Biegniemy dalej, polana, znów zbieg, wbiegamy do lasu – w oddali słychać kogoś mówiącego przez mikrofon. To już blisko! Aby nie było kolorowo, przed samą metą mamy jeszcze do pokonania mały podbieg. Dla zmasakrowanych czworogłowych ud to jest nie lada wyczyn. Ale co tam, zrobiłam to, już końcówka, dam radę i tutaj. Przed metą mijam jeszcze jedną biegaczkę, która idzie na podbiegu. To ta od rady, aby rozluźnić ciało. Bardzo sympatyczna, zresztą zmotywowała mnie przy zbiegach. Wbiegam na metę, widzę czas 3:35! Zrobiłam to! Przeszłam chrzest bojowy w biegach górskich, żyję i mam jeszcze tyle pozytywnej energii w sobie, że mogłabym się nie zatrzymywać.

Na macie pojadamy arbuzy i pomarańcze i wymieniamy się odczuciami z innymi biegaczami. Deszcz wciąż pada, jest zimno. Jakie to ma znaczenie teraz… Mam medal na szyi, idę na piwo i celebruję chwilę, patrząc zza okna na metę i wbiegających na nią kolejnych biegaczy.

Gluten w płynie nigdy nie smakował tak dobrze

Po powrocie do domku w Zawoi (dzięki uprzejmości jednego z biegaczy miałam transport pod sam dom, uff, dziękuję!) – dostałam informację, że dobiegłam jako 10 kobieta, w tym 6 w swojej kategorii wiekowej. No, jak na pierwszy raz to jestem z siebie dumna J Wróciwszy do domu, po błogim ciepłym prysznicu i pysznej, niezbyt dietetycznej kolacji:

Piwo lokalne ze złotą myślą na etykiecie ;D

…rozpoczęłam poszukiwania kolejnych górskich biegów do pokonania. Tak jak się spodziewałam, połączenie miłości do gór i biegania to będzie mieszanka wybuchowa. I była.

Start i Meta zarazem, skocznia Mosorny Groń

Daria 🙂