Kleszcz i borelioza - czy faktycznie jest się czego bać? - Daria Łukowska
W ostatnim czasie można zaobserwować napływ informacji dotyczących kleszczy i chorób odkleszczowych. Na ten temat postanowiłam porozmawiać z Aleksandrą Poncyljusz z nowoczesnadietetyka.pl. Zależało mi na racjonalnym wytłumaczeniu tego problemu przez osobę z dużą wiedzą na ten temat, gdyż ja, jak pewnie i większość z Was, dość mam już pomówień na ten temat i gubię się w informacyjnym chaosie.

Daria: Chciałabym poruszyć temat kleszczy. Obecnie można zaobserwować fobię na punkcie kleszczy i poszukiwania metod skutecznego diagnozowania chorób odkleszczowych. Jedni mówią o przewlekłej boreliozie, inni uważają, że to urojone dolegliwości / lub że dane dolegliwości niesłusznie przypisywane właśnie boreliozie. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Aleksanda Poncyljusz: Cóż, rzecz dotyczy boreliozy, choroby nie bez przyczyny noszącej miano „wielkiego naśladowcy” („the great imitator”). Zwłaszcza w różnicowaniu z innymi chorobami daje o sobie znać jej „naśladowcza natura”. Borelioza, nierzadko nader trudna do rozpoznania u pacjentów ze względu na objawy kliniczne bardzo podobne do innych chorób, jeszcze trudniejsza jest do identyfikacji w przypadku towarzyszących jej infekcji, w rzeczywistości równie niebezpiecznych, a często gorszych niż borelioza per se.

Borelioza, podobnie jak jej kuzynka kiła, to przewlekła jednostka chorobowa o bardzo zróżnicowanych objawach, o różnym przebiegu i rokowaniach. Bogata symptomatologia tej choroby wynika z możliwości lokalizacji procesu chorobowego w każdym narządzie i miejscu układu nerwowego, przy tym jego zajęcie nie musi nastąpić tuż po dostaniu się czynnika zakaźnego do krwi „ofiary”. Dotychczas utajony przebieg choroby nierzadko ujawnia się po kilku miesiącach lub po kilku, lub kilkunastu latach od zakażenia. Innymi słowy, borelioza jako choroba wielonarządowa, może pozostawiać wielorakie zmiany w organizmie chorego, nie oszczędzając przy tym żadnego narządu, w tym mózgu. W literaturze psychiatrycznej podobnie jak innych specjalności medycznych chorobę z Lyme określa się jako wielkiego naśladowcę, ponieważ może odpowiadać symptomatologii chorób psychiatrycznych. Prawdę mówiąc, właściwie każda diagnoza psychiatryczna wymieniona w podręczniku z klasyfikacją zaburzeń psychicznych (Diagnostic and statistical manual of mental disorders), może być indukowana boreliozą i koinfekcjami.

Obok różnorodności i niezliczoności symptomów, jakie daje borelioza, na uwagę zasługuje fakt, że choroba z Lyme i współinfekcje mogą zaostrzać przebieg już istniejących jednostek chorobowych i stanów medycznych. Dopełnienie zarówno zniekształconego obrazu klinicznego chorego, jak i samej choroby stanowią (1) perturbacje diagnostyczne; (2) niedostateczny wywiad chorobowy i (3) brak zrozumienia natury boreliozy.

Jest to scenariusz, który ujmuje choremu wiarygodności; zwiastuje zwątpienie w istnienie boreliozy, zwłaszcza o charakterze przewlekłym zarówno wśród klinicystów, jak i najbliższego otoczenia pacjenta.

Nie zapominajmy, że niedostateczna diagnostyka różnicowa a leżąca u podstawy tego ograniczoność w kontekście: (1) wiedzy personelu medycznego na temat aspektów anatomicznych, biologicznych, biochemicznych i immunologicznych boreliozy; (2) wywiadu chorobowego nie uwzględniającego, chociażby drobiazgowo wypełnianych wielostronicowych kwestionariuszy przed wizytą lekarską (abstrahując od niewystarczającego czasu, jaki poświęca się pacjentowi); (3) znajomości parametrów diagnostycznych stosowanych testów; (4) poziomu wiedzy na tematy związane z medycyną środowiskową i ich interakcji z „medycyną zakażeń” — zawsze łączy się z indywidualnymi losami ludzkimi. Szkody mogą być ogromne, wszak otrzymanie fałszywej diagnozy koreluje z fałszywą terapią, a w rezultacie zwiększa cierpienie chorego.

Toteż moja odpowiedź może być niejaką podpowiedzią, dlaczego, jak słusznie zauważyłaś, obserwujemy „kleszczową fobię”. Niewątpliwie borelioza może być odpowiedzią na długoletnie poszukiwania przyczyny pogłębiających się patologii, a droga diagnostyczna, choć zawiła — nadzieją na znalezienie wspólnego mianownika towarzyszących symptomów.

DARIA: Kiedy mowa o kleszczach, zazwyczaj mamy na myśli wielogodzinne buszowanie w lesie. To myślenie stereotypowe, zwłaszcza że kleszcze bytują nawet w miejskich parkach. Czy w takiej sytuacji za każdym razem powinniśmy odpowiednio się przygotować, pamiętać o ochronie przed kleszczami? Czy po każdym wyjściu w miejsce, gdzie jest więcej drzew i krzaków – powinniśmy sprawdzać całe ciało w poszukiwaniu kleszczy? Przecież to nierealne i zakrawa o obsesję.

ALEKSANDRA: Być może, jednakże w obliczu zagrożeń, jakie niesie za sobą ukłucie kleszcza, nie powinniśmy ignorować dokładnego cogodzinnego oglądu ciała, ze szczególnym uwzględnieniem „miejsc kleszczolubnych”, to jest: za uszami, pod pachami, w pachwinach, pod kolanami, w łokciach i pod biustem. Planując dłuższy pobyt na terenach zieleni publicznej, warto przygotować się, zabierając ze sobą najbardziej podstawowe narzędzie prewencyjne, rolkę do ubrań o lepkiej powierzchni i spryskując zarówno odzież, jak i skórę skutecznym środkiem repelencyjnym, do którego niewątpliwie należy permetryna. W przeciwieństwie do środków repelencyjnych do stosowania na skórę, proponowany preparat stosujemy na odzież i ekwipunek, z jakim wybieramy się w teren. Na skórę, wystarczające, choć rzecz jasna nie w pełni, będą środki, które zawierają N-dietylo-3-metyolbenza-mide (DEET) w stężeniu co najmniej 50%. Inne strategie prewencyjne, niebudzące zdziwienia i z reguły respektowane w miejscach publicznych to energiczne przeczesywanie włosów na głowie szczotką gęstą i z równym włosiem. Włosy pod wpływem szczotki z rzadkim włosiem uginają się podczas szczotkowania, a samo włosie słabo dociera do skóry, przez co szansa na „dopadnięcie” jeszcze niezakotwiczonego w skórze głowy kleszcza maleje.

DARIA: Z wiedzy praktycznej – jakie konkretne preparaty byś poleciła? 

ALEKSANDRA: Preparaty dostępne w Polsce, na które możemy zwrócić uwagę to te, marki Mugga o 50% stężeniu DEET. Preparaty w formie płynnej przeznaczone są do bezpośredniej aplikacji zarówno na odzież, jak i odkryte części ciała. Dostępne za granicami naszego kraju, polecane przeze mnie środki repelencyjne to: Maxi Deet, Picaridin, Ultra30 i, rzecz jasna — permetryna (Permethrin marki Sawyer).

 

DARIA: Chciałabym więc wziąć na tapet biegaczy, szczególnie tych biegających w lasach czy po górach. Nie ukrywam, że staram się odpychać od siebie te myśli o kleszczach, ale kiedy tak przebiegam przez chaszcze, robiąc długie wybiegania, mam gdzieś myśli z tyłu głowy, że te czarne małe potworki siedzą i czyhają na skórę ofiary ;-). Czy można wdrożyć jakąś profilaktykę – biorąc pod uwagę, że spędza się w takich miejscach dużo czasu (kilka razy na tydzień)?

ALEKSANDRA: Osoby uprawiające regularną aktywność fizyczną na terenach zielonych powinny szczególnie zatroszczyć się o odpowiednią prewencję. Choć w porach letnich, skóra szczelnie osłonięta ubraniem może być powodem dyskomfortu, wciąż jest to najlepszy, choć nie wystarczający sposób na zmniejszenie ryzyka „złapania” kleszcza. Dlatego obok długich rękawów oraz nogawek spodni włożonych w skarpety, właściwe będzie spryskanie skóry preparatem zawierającym DEET, a odzieży oraz ekwipunku, z jakim planujemy wyruszyć permetryną. Obok wymienionych sposobów, istotne jest jasne odzienie. Ubierając się na jasno, istnieje większe prawdopodobieństwo, że dostrzeżemy kleszcza.

Jeżeli do punktu docelowego wybieramy się samochodem, warto zwrócić uwagę na to, w jakim miejscu został on zaparkowany. Auto postawione na parkingu przydrożnym będzie dla kleszcza gorszym celem niż auto postawione na przyleśnym, zwłaszcza jeżeli miejsce postojowe jest porośnięte.

Ryzyko „przywleczenia” z wycieczki kleszcza możemy zmniejszyć poprzez zamaszyste przeczesanie włosów na głowie i kilkukrotne potraktowanie zarówno swojego ciała, jak i odzieży rolką do ubrań o lepkiej powierzchni. Czynności te należy wykonać, zanim wsiądziemy za kierownicę.

Po przekroczeniu progu domostwa sugeruję ostrożnie rozebrać się i wrzucić ubrania do pralki na 60 stopni. Kolejne czynności powinny obejmować dokładny ogląd ciała i kąpiel.

DARIA: No dobrze, a więc załóżmy, że znajduję kleszcza. Co powinnam zrobić?

ALEKSANDRA: Przede wszystkim — nie panikować. Należy zachować spokój i usunąć kleszcza w całości ze skóry. Przyrządem dedykowanym do wyciągania kleszczy jest kleszczołapka. W przeciwieństwie do pęsety zapobiega ona urwaniu hypostomu, to jest części aparatu gębowego, którą kleszcz wsuwa do skóry żywiciela.

Polecany przyrząd powinniśmy dobrać w zależności od wielkości pajęczaka i wsunąć go od jego strony bocznej, tuż przy skórze. Następnie lekko unieść i przekręcić aż kleszcz się wysunie. Miejsce po ukąszeniu należy dokładnie przemyć środkiem odkażającym. Dla dodatkowego wsparcia, po usunięciu kleszcza warto zastosować pompkę ssącą. Odsysając zawartość ranki, możemy zmniejszyć ryzyko chorób odkleszczowych.

Kleszcza po usunięciu nie należy wyrzucać, a zabezpieczyć i w miarę możliwości jak najszybciej wysłać do zbadania pod adres odpowiedniego laboratorium. Kleszcz, jako potencjalny nosiciel groźnego dla człowieka arsenału bakterii, pierwotniaków i wirusów, powinien być zbadany zarówno w kierunku boreliozy, jak i koinfekcji.

Badanie samego kleszcza ma sens, jeśli zależy nam, aby dowiedzieć się czym mógł nas zarazić i wdrożyć działania prewencjyjne. Jednakże to, czy pajęczak nam coś przekazał, czy nie, zależy od wielu czynników. Warto w tym miejscu wspomnieć, że badanie kleszcza wciąż nie daje 100% pewności. Nie każdy kleszcz może wywołać odkleszczowe zapalenie mózgu. Nie każdy kleszcz jest nosicielem niesławnego trio — borelii, erlichii i babezji. Fatalny „koktajl” drobnoustrojów może składać się z patogenów, niepodlegających badaniu.

Wbrew obiegowej opinii 21 dni antybiotykoterapii nie gwarantuje pełnego sukcesu. Wciąż jednak większość „ofiar” pajęczaków obawia się przyjęcia, chociażby jednorazowej dawki odpowiedniego medykamentu. W przypadku boreliozy i koinfekcji nie warto liczyć na łut szczęścia.

Dlatego osobom decydującym się na wszczęcie właściwej strategii sugeruje się uczynić to, niezależnie od otrzymanego wyniku badania pajęczaka. Na podstawie analizy korelacji wyniku badania kleszcza ze stanem zdrowia pacjenta, lekarz może zdecydować o kontynuacji bądź wstrzymaniu leczenia.

DARIA: Co, jeżeli nie zorientuję się, że ugryzł mnie kleszcz, jest to możliwe? Jakie objawy powinny nas zaniepokoić?

ALEKSANDRA: Swego czasu rumień wędrujący został wyniesiony do rangi decydującego objawu klinicznego. O ile faktycznie jego pojawienie się jest jednoznacznym objawem zakażenia — nie wstępuje u każdego zakażonego. Choroba może od samego początku pozostać niezauważona. Wiele osób nigdy nie widziało mitycznego rumienia wędrującego; nie pamięta ukłucia przez kleszcza i w ogóle kontaktu z kleszczem. Abstrahując od możliwych sposobów transmisji drobnoustrojów, taki scenariusz nie powinien nas dziwić. Przeważająca część ukłuć pochodzi od nimf kleszczy; ledwie zauważalnych, będących po larwie kolejnym, stadium rozwoju kleszcza. Obok wspomnianych zmian skórnych, choroba może zacząć się bólami głowy, kończyn lub stawów, nudnościami, zawrotami głowy, zmęczeniem, dreszczami, gorączką czy sztywnością karku. Objawy mogą wystąpić bezpośrednio po ukłuciu przez kleszcza, jak również po upływie tygodni albo nawet miesięcy od niezauważonego ukłucia przez pajęczaka.

Symptomy neurologiczne, takie jak sztywność karku, ból i zawroty głowy, zaburzenia funkcji poznawczych, wrażliwość na światło i dźwięk sugerują objawy ośrodkowego układu nerwowego (OUN) i oznaczają, że patogen mógł penetrować do OUN. Drętwienie, mrowienie czy pieczenie kończyn sugerują objawy obwodowego układu nerwowego (PNS) i oznaczają, że patogen mógł penetrować do PNS. W obu przypadkach wiadomo, że doszło do rozprzestrzenienia się choroby, co wymaga dłuższego i bardziej agresywnego leczenia. W związku z tym nawet 30-60-dniowa antybiotykoterapia może nie być w pełni wystarczająca, aby zapobiec przewlekłej chorobie.

DARIA: A co ze zwierzętami? Mam psa. Oczywiście śpi ze mną pod kołdrą, jak na psa przystało! 😉 Staram się przestrzegać sposobów do ochrony psa – ma teraz obrożę Foresto, która ma wysoką skuteczność. Ale czy jest możliwe, by czworonóg przyniósł kleszcza na sobie w sierści do domu, a ten (kleszcz) przeszedł na mnie?

ALEKSANDRA: Cóż, jak słusznie zauważyłaś, ofiarą kleszcza można paść nawet w tak banalnych okolicznościach. W rzeczywistości wielu nieszczęśników nie wzięło tej możliwości pod uwagę. Dlatego w czasie pobytu i przed powrotem do domu z parku, działki, łąki, lasu lub przydomowego ogródka, powinniśmy kilkukrotnie potraktować psa rolką do ubrań o lepkiej powierzchni. Osobna rolka przyda się również po zabawie ze zwierzęciem. Oczyszczając swoje ubranie, zmniejszamy ryzyko „przejścia” kleszcza z psa na właściciela. Użycie wałka do ubrań sprawdzi się w przypadku posiadaczy zwierząt krótkowłosych lub psów rasy typu Grzywacz chiński. W przypadku zwierząt długowłosych sprawdza się wyczesywanie sierści gęstą szczotką. Obok wałka do ubrań, właściciele psów zarówno małych, jak i dużych chwalą sobie środki repelencyjne z permetryną.

I co mnie budzisz?! 

DARIA: Muszę przyznać, że to wszystko brzmi dla mnie dość niepokojąco. Czyli faktycznie jest to temat poważniejszy, niż mogłoby się przypuszczać.

ALEKSANDRA: W rzeczywistości wszyscy jedziemy na jednym wózku. Prawda jest taka, że bez istotnej zmiany w zbiorowej świadomości, problem chorób wektorowych zawsze pozostanie brakiem problemu I nadal będziemy dziwić się, że w świecie medycyny wobec większości schorzeń brakuje naukowego konsensusu. Choroby idiopatyczne, medycznie niewytłumaczalne objawy, znane jako zespoły chorobowe sprowadzają się do ograniczonego jeszcze stanu wiedzy w XXI wieku. Jeżeli zawczasu zmienimy nasze przekonania na temat chorób wektorowych, możemy w przemyślany sposób zapobiec zagrożeniom bądź stawić im czoło. Jednakże nasza rozmowa nie traktuje o tym, by bać się i unikać kontaktu z naturą lub rezygnować z posiadania czworonoga. Nie traktuje też o tym, aby wypowiadanie wojny mikroorganizmom było jedynym działaniem, które może nas uchronić. Uważam wręcz, że wskazane jest uwolnienie się od obecnego, bezsensownie drenującego energię przekonania o konieczności przezwyciężania natury, ponieważ dotkliwość konsekwencji dostania się do organizmu wirulentnej bakterii nie zależy od niej per se, a od tego, jak zareaguje na ów czynnik zakaźny nasz układ odpornościowy. Nie postrzegając Natury jako rogu obfitości, który oferuje największe bogactwa — Słońce, w które zapominamy patrzeć i Ziemię, której zapominamy doświadczać, możemy szybko stać się oszołomionymi ofiarami przypadku.

DARIA: I to chyba idealne podsumowanie całego tematu. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę! 🙂 

Rozmawiałam z Aleksandrą Poncyljusz, autorką strony: Nowoczesna Dietetyka

Znalezione w Decathlonie, 25-30 zł