Skrzydła dla życia, czyli Wings for life 2017 | Daria Łukowska

Pobiegłam po raz czwarty! Dla tych, którzy biec nie mogą 🙂 Bo takie jest właśnie hasło imprezy biegowej, międzynarodowej – udział bierze aż 24 krajów.

Startujemy wszyscy w tym samym czasie – o 11.00 czasu UTC, a więc w Polsce (w Poznaniu) startujemy co roku równo o godzinie 13. Razem z nami startują biegacze między innymi w Mediolanie, Santiago, Monachium, Dubaju czy w Brazylii. Niektórzy z czołówkami na głowie, bo ciemno – inni w ciężkim upale. U nas było zimno – podobnie jak na edycji pierwszej. A ciekawe jest to, że w pierwszej edycji wystartowało lekko ponad tysiąc osób, do dziś pamiętam tą „garstkę” osób – w stosunku do tego, co dzieje się obecnie na starcie Wings. No i cudownie – rok rocznie liczba startujących się diametralnie powiększa – a to oznacza że coraz więcej pieniędzy zostanie przekazane na szlachetny cel – na rozwój badań nad uszkodzonym rdzeniem kręgowym (koszt udziału to 120 zł – niemało, ale to zawsze mój priorytet na liście startów danego roku – bo wiem, że to nie tylko koszt na organizację i medal, ale w większości na cel charytatywny). Jak się okazuje, w tegorocznej, czwartej edycji – wystartowało około 5,5 tysiąca osób! Co można było odczuć – długo zeszło (kilka km), zanim na trasie zrobiło się luźniej i można było swobodniej pobiec. Ponadto organizatorzy w tym roku wyjątkowo nie przygotowali się na tak ogromną ilość uczestników – kolejki do depozytów – wiadomo, będą – ale takie, że biegacz od razu po biegu – zziębnięty i zmęczony – musi stać prawie godzinę by odebrać torbę z ciuchami – to trochę słabe. Ale cóż, zdarza się – wierzę w to, że w następnym roku organizatorzy rozwiążą ten problem. Ale wrócę do samego biegu. To bieg jedyny w swoim rodzaju, bo nie biegniesz do mety. To meta goni Ciebie!

Tu goni mnie!

Meta w postaci samochodu pościgowego, gdzie tym razem za kierownicą jechał Adam Małysz! Niesamowita to motywacja, aby docisnąć biegowy „gaz do dechy” i prawie sprintem zrobić ostatni kilometr, kiedy w oddali słychać zbliżającą się METĘ. Świetna zabawa! Wszyscy uczestnicy z trasy zabierani są autobusami komunikacji miejskiej, rozstawionymi co kilka km na trasie – a w autobusie czeka woda i folia termiczna. Napełniony autobus wraca na poznańską Maltę, gdzie można odebrać medal za ukończenie biegu.

już przebrana, po wszystkim!

Uczestnicy – o różnej sprawności fizycznejzarówno biegacze zawodowi, amatorzy, „wózkarze” – czyli osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich, osoby z lekką niepełnosprawnością fizyczną poruszający się np. za pomocą kul, dzieci, a nawet psy. Niektórzy w przebraniach – Świętego Mikołaja np.; niektórzy w koszulkach różnych team’ów biegowych, fundacji w imię której biegną itd. Jednym słowem – to wielkie święto aktywności fizycznej. Oczywiście jest również walka o wygraną wśród czołowych biegaczy…To znaczy wśród uczestników! Bo w tym roku pierwsze miejsce na świecie – więc największa ilość pokonanych kilometrów, zanim dogoni Cię samochód pościgowy – zdobył „wózkarz”! Czapki z głów dla pana Arona Andersona startującego w Dubaju – pobił dotychczasowy rekord Wings for life, pokonując dystans 92 kilometrów !!! Niesamowite. Na drugim miejscu na świecie, ale i wygrywając bieg w Mediolanie – był nasz rodak, niesamowity biegacz, warszawskibiegacz.pl – Bartosz Olszewski! 88 km!!! No i wisienka na torcie. Nasza rodaczka, Dominika Stelmach, startująca w Chile – wygrała bieg, pokonawszy 68 kilometrów! Co więcej – osiągnęła najlepszy wynik na świecie pośród kobiet! Poznański bieg na pierwszym miejscu ukończył Tomasz Walerowicz – 88km! Ekscytuje się niesamowicie, ponownie, gdy piszę ten tekst – podobnie tak wczoraj, gdy usłyszeliśmy o tych wyczynach. Wielki podziw i wielka motywacja!!!

No bo czym przy tym jest moje skromne 19 km 😉 Zabawa zabawą, ale miałam nadzieję na pobicie swojego rekordu trasy, czyli 22 km. Nie udało się, niestety. Trochę z powodu słabszej formy fizycznej, do której dopiero wracam po dłuższej przerwie, a trochę ze swojej winy… bo biegłam połowę trasy z pełnym pęcherzem! Po kilku kilometrach poczułam, że jednak chyba za dużo wody wypiłam przed startem i za wcześnie byłam w toalecie. Na 11 km już było źle – widzę – toitoi! Ale druga myśl – nie będę schodzić z trasy, szkoda czasu!  [a i ludzie sobie pomyślą, że mam może biegunkę! Nie idę! (tak, tak – na pewno wszystkich biegnących najbardziej to obchodziło, dlaczego jakaś biegaczka wchodzi wbiega do toitoi’ów! Co za myślenie!)]. No cóż, popełniłam głupotę. Doczekałam się jednak i na 16,5 km wbiegłam do toitoi’a. Co za ulga ❤  Odzyskałam trochę sił, ale już nie nadrobiłam tego, co straciłam, zwalniając po 10 km. Pierwsze 10 km towarzyszył mi mój prywatny „zając”, dzięki czemu uzyskałam tempo każdego odcinka naprawdę niezłe, dochodząc nawet do 4:30 min/km – dla mnie to naprawdę nieźle.

Mój zając!

Potem trochę zwolniłam, zając pognał do przodu. No i straciłam mój naturalny doping – muzykę. Wiem, że nie każdy biegacz słucha czegoś podczas biegu. Ale ja już nie raz przetestowałam starty i treningi – z muzyką i bez – i wiem, jakiego powera dodaje mi dobry kawałek w uszach, szczególnie w momentach kryzysowych. No ale padł mi telefon – z którego słuchałam muzyki – właśnie jakoś po 10 km. Po 10 km też wybiegamy za miasto – więc jest i dużo mniej kibiców. Brak muzyki – to więcej przestrzeni dla chochlików z głowy próbujących sabotować mój bieg. Największy kryzys dopadł mnie na 11 km i trwał tak do 14, po 15 dostałam wiatru w nogi, a opróżnieniu pęcherza, czy po 16,5 km, jeszcze więcej. W dodatku na równi ze mną w pewnym momencie jechała niezwykle sprawna pani na wózku, co było motywującym widokiem, a także pan wózkarz, który był niesamowicie dowcipny i krzyczał coś o tym, że ma nadzieję że jest pierwszy z mężczyzn na wózkach bo porozsypywał pinezki na 18 kilometrze! I takie różne żarty sytuacyjne, dzięki czemu biegło się przyjemniej. Stwierdziłam, że trudno, że nie dobiegnę do tych założonych 22-25 km. Ważne, że biegnę. Ważne, że jestem tutaj i że się dobrze bawię. I było mi jakoś lżej na duszy, przestałam się spinać wynikiem. Ostatnie kilkaset metrów za to, kiedy już słychać było w oddali samochód pościgowy – to był dopiero spid! Biegłam przed siebie takim sprintem, jakby mnie gonił rozwścieczony gepard! Samochód minął mnie ostatecznie chwilkę przed 19 kilometrem.

zdjęcie za uprzejmością jednej z biegaczek, która zrobiła i przesłała mi zdjęcie – bo mój telefon umarł / uprzedzając pytania – wiem, zimno Ci jak na mnie patrzysz ;-))) a ja na jakimś 8-9 km poczułam, że jest mi strasznie gorąco – zdjęłam bluzkę, było trochę lepiej, ale dalej dość ciepło – jejku, to już T E N wiek? 😀

Czuję niedosyt, nie powiem że nie. Ale z drugiej strony mam motywację do treningów, jakiej dawno nie miałam – widząc sukces naszych rodaków! Za miesiąc czeka mnie 25 km w górach i pierwszy górski bieg! Już nie mogę się doczekać – bo kocham góry i bieganie, szczególnie pośród natury, a mix tych obu wydaje się być świetną przygodą dla ciała i ducha. Ajj. 🙂

Moja nauczka po Wings for life to:

  • nie bać się zejść z trasy na sekundę, bo szybciej odzyskam stracony czas w toitoi’u niż to, co stracę biegnąc z brakiem komfortu za wszelką cenę
  • zacząć w końcu trenować z zegarkiem! [Zaczynam poszukiwania dobrego kontrolera tempa i tętna!] – na Wings for life ma to szczególne znaczenie, gdy jest plan na pobicie własnego rekordu trasy.
  • rozsądnym byłoby też nauczyć się biegać bez słuchawek na uszach – w mieście wolę jednak muzykę niż zgiełk ulicy. Co innego w lesie. Ale w lesie czy w górach na razie nie mam możliwości często trenować na ta chwilę. Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni!

Wings for life to świetne wydarzenie i na pewno, jak tylko życie na to pozwoli, wezmę udział również za rok!  Polecam wszystkim!

A tu jeszcze znajdziesz krótkie filmowe podsumowanie tegorocznej imprezy na oficjalnej stronie polskiego Wings for life (i nawet migawkę, na której jestem 🙂 – 1:20) FILMIK